Niepokalana
Instytut Niepokalanej Matki Kościoła

"Z pamiętnika młodych misjonarek - 10"
List z Brazylii z dn. 8 maja 2007 r.

08 maja 2007

W środy odwiedzam chorych. Na razie 4 babcie w dolnej części miasteczka. Za pierwszym razem zastałam tylko jedną chorą w domu, jedna jeszcze spała, a pozostałe ruszyły na ulice. Było miło. Wróciłam szybko. W tym czasie Jola bawiła się z dziećmi w przedszkolu. Wróciła późno i na dodatek zdegustowana. Nauczyła je mówić „dzień dobry” – po brazylijsku oczywiście. Do tej pory dzieci, widząc nas, patrzyły na nas dużymi oczami, ale nic nie mówiły. Teraz mają już mniejsze oczy i mówią nam „dzień dobry”. Jak nas tylko zobaczą w domu czy z okna, przez kraty, to jak ich jest wszystkich 27, wszystkie krzyczą, wrzeszczą: „Dzień dobry, ciociu!” Łapią wpół, za kolano, gdzie się da, żeby je tylko przytulić. Dzieci nie są nasze tylko z przedszkola już od kilku lat prowadzonego w domu, w którym mieszkamy.

W sobotę poszłam zorientować się, jak wygląda katecheza przygotowująca dzieci i młodzież do pierwszej Komunii Świętej. O poziomie tej katechezy na razie nie chcę mówić. W tym czasie Jola była piętro niżej na spotkaniu Pastoral da crianca. Siedziała tam 4 godziny i przyszła zadowolona, bo poznała program, jakim pracują w całej Brazylii z dziećmi do 6 roku życia.

W niedziele w parafii nie było mszy, bo od jakiegoś czasu, a dokładnie od świąt wielkanocnych, dwóch księży biskup przeniósł 100 km od nas. Więc obecnie msze świętą mamy albo w sobotę albo w niedzielę. Objazdy wiosek najprawdopodobniej będą co dwa miesiące, więc poszłyśmy na pieszo do wioski oddalonej 4 km na celebrację i także na spotkanie Pastoral da crianca. Jak się okazało na miejscu, punktem centralnym spotkania było ważenie dzieci i mały posiłek.

W poniedziałek od samego rana Jola miała wyprawę, znowu na pieszo, do dwóch wiosek oddalonych 10 km, z matką koordynatorki Pastoral da crianca w naszym rejonie. W drodze powrotnej, ledwo idąc, udało im się złapać taksówkę. Był to zaprzęg dwukółki ciągniętej przez osła. Choć jechała ona w tempie wolniejszym niż by Jola doszła na pieszo, dzięki temu nie zmęczyła się tak bardzo.

Na drugi dzień miałyśmy jechać na wyprawę do wsi oddalonej 60 km od naszego miasteczka, ale nie było czym. Jola przyjmowała gości, a ja poszłam szukać moich chorych. Tym razem byli wszyscy.

Następnego dnia czekałam na koordynatorkę, która przyszła i powiedziała, że zaraz podjedzie taksówka. Stojąc w oknie, już nie czekałam sama. W pewnym momencie pod dom podjechały dwa motory. Agnieszka się śmiała, że to HONDA. A ja miałam przerażone oczy i pytam: Czy to jest taksówka? (Kierowca miał napisane na koszulce MOTO-TAXI). Na co Marizete powiedziała: „Sim Jolanda. Lubisz jeździć motorem?” No nie bardzo, mając w perspektywie 60 km polnymi drogami w brazylijskimi kurzu. Ale nie dałam wiele po sobie poznać, że nie za bardzo chce mi się taką taksówką jechać. Poprosiłam, żeby poczekała chwilę, a ja się odpowiednio ubiorę do tej taksówki. Na co Agnieszka mówi: „Jedź będzie fajna przygoda, tylko weź czapkę”. Na co ja, że chyba ją przywiążę sznurkiem. Wsiadając na motor, poczułam się jak paparazzi, gdyż zależało mi na tym wyjeździe, wiedząc o ważeniu i dokarmianiu dzieci i chciałam zrobić zdjęcia (które kiedyś tam prześlemy). Jechaliśmy po niesamowitych dołach, a kierowca rozrywkowy zagadywał do mnie co jakiś czas. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do pierwszej wioski. Jak zsiadłam z motoru, nie potrafiłam utrzymać się na nogach. Od razu rozpoczęła się akcja ważenia dzieci. Bardzo się ucieszyli z naszych odwiedzin. Marizete przedstawiła mnie zebranym osobom, choć część z nich już mnie znała z wizyty przy okazji objazdu wiosek. Każdy chciał, żebym przez chwilę potrzymała jego dziecko na rękach. A dzieciaki płakały, krzyczały i darły się, bo to dla nich nic przyjemnego. Dzieci są wkładane rozkrokiem do czegoś na wzór torby i wiszą jak króliki na drzewie, bo waga jest przymocowana do gałęzi drzewa (to zobaczycie na zdjęciach). Ważyliśmy dzieci na dwóch wagach. Potem dzieci dostały posiłek, coś na styl budyniu, ale z mąki kukurydzianej, bardzo słodki. Po krótkiej naradzie zdecydowałyśmy się odwiedzić jeszcze tylko jedną wioskę, ze względu na koszty taksówki. Musiałam za przejazd zapłacić sama (dość kosztowana impreza, ale zdjęcia są tego warte). Dojechałyśmy do drugiej wioski i okazało się, że prawie każde dziecko jest przeziębione. W regionie panuje dziwny okaz grypy. Tu już wszystkie dzieci ważyłam sama, gdyż dzieci chciały, żeby wziąć je na ręce. Po ważeniu był dla wszystkich przygotowany posiłek. Droga powrotna trwała mniej więcej dwie godziny. Jak przyjechałam do domu, Agnieszka miała drzemkę. Musiałam wyprać od razu wszystkie rzeczy, jakie miałam na sobie, bo wszystko było czerwone od piachu. W domu dopiero zobaczyłam, jak mnie potraktowało słońce i wiatr. Zrobiłam sobie zasłużoną drzemkę i jak się położyłam, tak wstałam 10 dni później, ponieważ złapał mnie jakiś mutant grypy i leżałam z wysoką gorączką. Na ratunek przyszła mi Agnieszka, bo zadzwoniła do księdza Jana z pytaniem o tabletki na dengę. Tak naprawdę do dziś nie wiemy co to było, bo nadal nie czuję się najlepiej. Ludzie w Umburanas, gdzie od trzech tygodni niemal każdy choruje, mówią, że to może być grypa z dengą. Ksiądz Grzegorz mówił, że to jakiś wirus, czy co, bo i u nich, 100 km od nas, też to panuje. Po mojej przygodzie na razie nie mamy ochoty korzystać z MOTO-TAXI.

Pozdrawiamy Was bardzo ciepło i serdecznie. Pamiętamy w modlitwie.

Jolanta Ferens,
Agnieszka Rakowska
Dod. Ewa Kusz dnia 11-05-2007 o godz. 14:56

Zobacz także:

Być w sposób prosty i zwyczajny (19-05-2008)

"Z pamiętnika misjonarek - 11" (18-06-2007)

"Z pamiętnika młodych misjonarek" - 9 (7-03-2007)

Gdzie jesteśmy? (1-03-2007)

"Z pamiętnika młodych misjonarek" - 8 (24-02-2007)