Niepokalana
Instytut Niepokalanej Matki Kościoła

Bóg złożył w jego ręce ogromny dar
Dorota Seweryn wspomina ks. Blachnickiego w 20 rocznicę jego śmierci

Dorota Seweryn, jedna z najbliższych współpracowniczek ks. Franciszka Blachnickiego, od zawsze mieszkanka Kopiej Górki dzieli się swymi wspomnieniami związanymi ze śmiercią Założyciela. Dokładnie 27 lutego 2007 roku przypadała 20 rocznica tego wydarzenia.

***

Pamiętam pierwszy moment, kiedy dowiedziałam się o śmierci Ojca Franciszka. Byłam wtedy akurat w Częstochowie na Jasnej Górze, na XI Kongregacji Odpowiedzialnych Ruchu Światło-Życie. Dowiedziałam się o tym o szóstej rano, gdy przyszła jedna z moich współsióstr, obudziła mnie i mówi: słuchaj, wiesz co się stało? Ojciec nie żyje.

Było to dla mnie zupełnie coś tak przedziwnego, jakby jakaś błyskawica mnie dotknęła, stanęłam jak mur i nie mogłam do siebie dopuścić tej myśli: co to znaczy, że Ojciec nie żyje? Jak on może nie żyć? To było dla mnie tak trudne i tak mocne: Ojciec nie żyje. Powtarzałam to sobie. Potem pojawiło się odruchowe pytanie: czy to jest prawda? Czy to rzeczywiście jest prawda? Jedna drugą pytałyśmy aż dowiedziałyśmy się, że jest to wiadomość sprawdzona. Wtedy pomyślałam sobie, co Pan Bóg chce mi przez to powiedzieć? Co chce nam przez to powiedzieć – że zabrał Ojca, że zabrał go tak nagle, tak niespodziewanie, gdy wydawało się, że zupełnie nikt nie był na to przygotowany. I Bóg go zabrał.

Przypomiało mi się, co Ojciec zawsze mówił i czego nauczał, że nic nie dzieje się bez woli Bożej. Jeżeli Bóg tak uczynił, to ma w tym jakiś swój plan, chociaż to jest tak trudne i bolesne, że nawet nie chce przejść przez myśl aż do serca. Ale ciągle ta Ojca odpowiedź na takie trudne sprawy brzmiała mi w uszach: Bóg wie, co czyni i dlaczego to czyni. I dlatego nie mogę sobie wciąż zadawać pytania: dlaczego? Tylko muszę to przyjąć jako coś, co się dokonało, co z woli Bożej było zamierzone.

Następne dni po śmierci Ojca były dosyć trudne. Po pierwsze dlatego, że nie można było pojechać na pogrzeb. Ojciec zmarł w piątek po południu, a przez sobotę i niedzielę biuro paszportowe było nieczynne. Poza tym na pewno nie dostałybyśmy paszportów na ten wyjazd. Te wszystkie dni trzeba było przeżywać tutaj, jakby w samotności. Mimo to żywa była wiara, że Bóg wie, co czyni. To niewątpliwie skutek nauczania Ojca Franciszka, który w takich sytuacjach potrafił uspokajać. Wszędzie tam, gdzie było trudno, on zachowywał spokój i ten jego spokój udzielał się innym. Tak też było po jego śmierci. Momentalnie przypominało mi się, co mówił w trudnych sytuacjach więc oddałam to po prostu Panu Bogu, z wielkim bólem i cierpieniem. Chciało mi się ciągle pytać: dlaczego? Ale nie dopuszczałam tej myśli, ze względu na naukę samego Ojca. I tak jest do tej pory przez te wszystkie lata, kiedy już Ojca nie ma, minęło już 20 lat od tego momentu. Jego wspomnienie jest ciągle żywe, ale i ta odpowiedź ciągle trwa: Bóg wie co czyni.

Kiedy patrzę z perspektywy tych lat, zauważam, że Pan Bóg rzeczywiście tak chciał, by ukazała się Jego moc i wielkość. I to, że dzieło, które powołał do istnienia przez Ojca Franciszka, było dziełem Bożym, a nie tylko ludzkim. Bóg użył go jako swoje narzędzie, bardzo podatne zresztą, ale samo dzieło jest dziełem Bożym i dlatego rozwija się, trwa mimo naszych różnych ludzkich niedoskonałości i słabości; również tego, że nie podążamy, nie potrafimy do końca go wypełnić. To jest dzieło Boże, które Pan Bóg powierzył jego rękom, ono się rozwija, mimo, że go tu nie ma.

Pamiętam, że kiedy Ojciec jeszcze żył, krótko po tym, jak opuścił ojczyznę, napisałam do niego list, w którym napisałam jak bardzo brakuje mi Ojca w Centrum Ruchu w Krościenku, jak bardzo żałuję, że go nie ma. Kiedy razem z nim byłam i pracowałam miałam do niego jakby trochę żalu, że za dużo wymyśla, że roztacza za dużo perspektyw, że te jego dzieła tak bardzo mnie przerastają i że on za dużo planuje i chce dokonać. A kiedy tego zabrakło, to odczułam, że właśnie taka osoba jest niesamowicie potrzebna, by pokazywać perspektywy, pokazywać drogę do celu; drogę, która jest daleka, ale cel jest jasny.

A potem kiedy Pan Bóg go zabrał, dostrzegłam, że ten cel – charyzmat światło-życie ukazany przez Ojca - teraz jest moim i naszym zadaniem, zadaniem całego Ruchu i nawet Kościoła. Trzeba dążyć, zmierzać ciągle ku temu celowi, który jest bardzo rozległy i zarazem daleki. Obejmuje nie tylko ojczyznę naszą, ale świat cały.

Kiedy tak słucham ludzi z innych krajów - co mówią o charyzmacie światło-życie - i to nie tylko z Kościoła katolickiego, ale również z innych Kościołów chrześcijańskich to widzę, że Bóg złożył w ręce Ojca dar tak ogromny, który jest przeznaczony dla całego Kościoła, nie tylko katolickiego.

Ciągle dziękuję Bogu za Ojca Franciszka, że był tak podatny i otwarty na to wszystko, co Pan Bóg mu dawał jako światło, jako wizję proroctwa. Jestem niesamowicie wdzięczna! Widzę, że jego dzieło ma wszelkie szanse rozwoju – tylko chodzi o nas samych, żebyśmy się po prostu ku temu nawracali.

Dorota Seweryn
Dod. Katarzyna Wiatr dnia 1-03-2007 o godz. 9:37

Zobacz także:

50-lecie Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła (2-06-2008)

Przed 50 laty ks. Blachnicki założył instytut świecki (21-05-2008)

Szczęśliwa "Blachniczanka" (21-05-2008)

Być w sposób prosty i zwyczajny (19-05-2008)

Wspólnota moim domem i komunią (18-05-2008)