Niepokalana
Instytut Niepokalanej Matki Kościoła

"Z pamiętnika młodych misjonarek" - 1
List z Brazylii z nd. 11 października 2006 r.

Salwador, 11 października 2006

Pozdrawiamy na początek bardzo gorąco. Mamy chwile wolną, bo dopiero o 15 rozpoczynamy zajęcia z języka. W pozostałe dni walczymy od rana, czyli 9.

Tylko trzy godziny, ale jesteśmy wypompowane. Koniecznie musimy tu wspomnieć, że ruszyłyśmy od razu bardzo ostro. Już w tamtym tygodniu w piątek była pierwsza lekcja, a od poniedziałku walczymy z naszą obecną zmorą, jak tylko się da. To nie jedyny koszmar tego miejsca. Jest upal, mnóstwo przedziwnych – wielkich i małych robaków; w tym wielkości przechodzącej wasze wyobrażenie karaluchy – fuj, wielkie na 5 cm, jak się je rozwali, są większe. Jak Jolka przełamie strach i obrzydzenie, to kolejnym razem poślemy zdjęcie tego paskudztwa. Poza tym mega mrówki, mrówki i mróweczki – zapraszamy do nas wszystkich, którzy kochają zwierzęta J Ale to nie wszystko. Najtrudniej nam się przyzwyczaić do komarów. Są małe i upierdliwe. Naznaczone jesteśmy, zwłaszcza na nogach i rękach, niemal na każdym centymetrze, a nawet milimetrze. Bogu dzięki, że te nie maja malarii. Mogą być jednak nosicielkami dengi. Księża życzą nam tego jak najwcześniej J bo linia wtedy będzie odpowiednia. Poza tym są piękne ptaki, rośliny, a także inne chodzące stwory, jak choćby niedawno przez nas zauważone jaszczurki.

Każdy dzień nas zaskakuje, pewnie z czasem się przyzwyczaimy, ale na razie to sprawia nam wiele radości. Może najpierw o Eucharystii. Jeśli ktoś z was lubi czuć się swobodnie, to tu znajdzie to niemal w każdym momencie. To, co nas zadziwiło, to oklaski po przeczytanej Ewangelii, także przy depozycji Najświętszego Sakramentu. Od księży wiemy, że przy pochowku zmarłych, kiedy zwłoki są umieszczone w grobie, wszyscy klaszczą. Pieśni oczywiście z pokazywaniem (uwaga – proszę się nie dziwić, jak po dwóch latach zobaczycie nas rozradowane i tańczące w kaplicy podczas MszyJ). Oczywiście jak kazanie ich nie interesuje, to łażą, prowadzą luźne rozmowy nie związane z wiarą. I bardzo lubią procesje z figurami świętych ulicami parafii. Do tej pory zaliczyłyśmy już 2, a jesteśmy tu niespełna tydzień. Jutro czeka nas wielka fiesta, bo jest uroczystość Matki Bożej z Aparecida (narodowe sanktuarium).

Właśnie dostałyśmy moskitiery, wiec pewnie noce będą spokojniejsze i mniej krwiste.

Do tej pory zwiedziłyśmy kilka supermarketówJ. Ale były też ciekawsze miejsca, jak choćby stary targ niewolnikami. Jednego dnia byłyśmy u sióstr „szensztadzkich” (proszę sobie samemu sprawdzić poprawność pisowni). Akurat wtedy była czterdziesta rocznica ślubu jednego małżeństwa i załapałyśmy się na ciasto. Gdzie się nie pojawimy, każdy coś do nas mówi. I albo rozumiemy, albo nie, trudniej jest z mówieniem w „ichnim języku”. Jest kilka pozytywów tego że jesteśmy w Brazylii. Język znacznie rożni się od naszej wersji europejskiej. I nie ma gdzie uciec. Trzeba z nimi gadać. Inny plus to to, że możemy też mówić w naszym ojczystym języku, przez co sobie też pomagamy. Minus – brak kontaktu z portugalskim przez 4 miesiące od czasu skończenia kursu w Warszawie.

Jak już będziemy znały lepiej Salwador, język i zdobędziemy się na odwagę, to ruszymy do sióstr, które maja basen. Ale to są inne od tych wspomnianych wyżej. U nich też miałyśmy początkowo mieszkać. Ze względu na zbyt dużą odległość od parafii mieszkamy tuż przy kościele u innych sióstr, na favelii (dzielnicy najuboższych).

Okazuje się, że jedzenie potrafi być jednak smaczne. Jemy bardzo dobrze. Przy okazji kolacji z biskupem były podane tradycyjne potrawy brazylijskie – przeważał groch, fasola, kukurydza i kurczak w rożnych postaciach. Odstraszyły nas wtedy zapachy bo mają specyficzne przyprawy. Teraz jednak jadamy w stylu europejskim.

W niedzielę mogłyśmy wykazać się w kuchni. Nie obyło się bez przygód. Ale to za chwilę. Miałyśmy suszone grzyby, więc pojawiła się na stole kapusta z grzybami. Reszta to powtórka z tygodnia, tego co było w lodówce. Mogłyśmy skosztować tzw. tortu z kurczaka. Co do przygody. Otóż chciałyśmy zrobić sok ze świeżych owoców (dlatego że tu codzienne do obiadu pijemy naturalne soki). Ja – czyli Aga – przeżyłam na własnej skórze to, co kilka razy widziałam na filmach, jak sok, zamiast w mikserze, znalazł się na mnie i wszystkim obok. Wspaniale przeżycie, polecam wszystkim.

Prosimy, pamiętajcie o nas w modlitwie. Jesteśmy blisko was każda myślą. Skoro o modlitwie, to w miarę możliwości modlimy się także z naszymi księżmi.

Jolanta Ferens,
Agnieszka Rakowska
Dod. Ewa Kusz dnia 14-02-2007 o godz. 11:24

Zobacz także:

Być w sposób prosty i zwyczajny (19-05-2008)

"Z pamiętnika misjonarek - 11" (18-06-2007)

"Z pamiętnika młodych misjonarek - 10" (11-05-2007)

"Z pamiętnika młodych misjonarek" - 9 (7-03-2007)

Gdzie jesteśmy? (1-03-2007)